Gdzie jestem? >> sobota, 25 czerwca 2011 17:19:52

Kiedyś. kiedyś życie było zupełnie inne. Stawiało przede mną wiele wyzwań - szkoła, gra na skrzypcach, pianinie, śpiewanie, konie, obozy, znajomości. Wyzwań, które budują osobowość człowieka, kształtują go, tworzą poczucie dążenia do celu. Szłam tą drogą, pokonując opór, niechęć, zmęczenie. Szłam przez życie, jak każdy normalny człowiek, pokonując kolejne etapy rozwoju młodej istoty. Poczym wszystko zaczęło znikać.

Na początek mama. Tego dnia mówiła, że ją kłuje w serduszku. Byłam wtedy na kuligu, bawiłam się swietnie, wracając do domu usłyszałam od pracownika "Mamusia zasłabła, jest w szpitalu". Tata pojechał razem z nią, gdy wrócił widziałam, że nie jest dobrze... Mamy czekać do jutra, jak sprawa się rozwinie... Rano tata pojechał jak co dzień po babcię, mamę mamy, która w tygodniu u nas gotowała. Przyjechała strasznie zmartwiona... Siostra z tatą pojechali do szpitala... wrócili i powiedzieli "nie ma juz nadziei. Musimy podpisać zgodę na pobranie narządów". Płacz, lęk, zawód... Tak wiele poświęciła, non stop pracowała, wszystko robiła dla innych, dla siebie nie miała czasu. Mimo, że często jej nie było, to ona organizowała całe życie naszej rodziny, sprawiała, że jest ono wypełnione dobrem.
Potem próba podniesienia się z tego ciosu...

13latka zostająca sama, siostra wyjezdża na studia do Łodzi, tata sobie coraz bardziej nie radzi... tracę wartości, o które zawsze walczyłam, których uczyła mnie mama. Nie potrafię ich zatrzymac z powodu otoczenia. Żyję wśród okrucieństwa dorastania - nowa szkola, ludzie bez zainteresowań, celów - po prostu gimnazjum i w tym wszystkim ja, próbująca ciągle szukać tego czegoś... tego o co naprawdę warto walczyć. Przecież nie może być tak, ze w życiu wszystko jest nic nie warte, nie chciałam być taka jak inni. Na szczęście były wtedy konie. One uchroniły mnie od upadku na dno. W domu źle, w szkole ludzie, których światopogladu zupełnie nie rozumiałam.
Odrzucona, jednocześnie podziwiana...
Następnie problemy z tatą... Alkohol, nowa kobieta, nowe osoby w domu, plotki, plotki i jeszcze raz plotki. Uroki życia w niewielkim mieście, w którym prawie każdy czlowiek zna Ciebie i Twoją sytuację rodzinną... Jakies pomysły dalekich wyprowadzek i w tym wszystkim ja, zupełnie sama, ale z Batomem... z celem...  z czymś, co mnie do czegoś prowadziło... wszystko po troszku odbierane i moja walka o konie i o ideę bycia porządnym czlowiekiem.

Tata w końcu wpada w półroczny ciąg... Krzyki w dzień, w nocy, oskarżenia, moje próby uratowania go od alkoholu, ale cóż może uczynić taka mała dziewczynka, sama, przestraszona. Dziecko niewidzialne... Wydobywające z siebie wszystkie siły do walki, jednocześnie oskarżane o bierność. Starające się jak nikt, kogo zna i przeklęta za zbyt małe zaangazowanie... Tata trafia do szpitala... Diagnoza: marskośc wątroby, moze umrzeć w kazdej chwili, a juz na pewno w przeciągu najbliższych kilku lat... Nie przezył kilku lat, zaledwie jakieś parę miesięcy. Gdy on umierał, ja pisałam jakiś durny sprawdzian z geografii. Później wróciłam do domu, w którym już byłam sama. Pasowało mi to.. Miałam spokój.. Nareszcie spokój. Dzwoni znajomy mojego taty, dziwnie pyta, jak się czuje... Nic nie dostrzegam... Nagle w drzwiach zjawia się siostra... W poniedziałek? Jej chłopak stoi parę kroków dalej... Nie podchodzi... "tata zmarł" .............   "co czujesz?" ............ "boję się"........ i nic więcej... bez płaczu... rodzina się zjeżdża. to dziwne jak śmierć w rodzinie nagle zbliża rodzinę. Zbliża?  Ha! To tylko pozory. Kochani, nie ma czegos takiego. Przecież teraz ja i moja sisotra to księżniczki z wielkim majątkiem! A rodzina taty nie ma z jego śmierci nic! Toż to nie do zniesienia! Do tego chcemy tatę skremować! Awantury na ostatnim pożegnaniu, matka taty nie przychodzi na pogrzeb... Zostałyśmy same, z wielką firmą. Dwie dziewzynki, bojące sie jutra, oskarżane i czujące się winne całemu złu jakie spotkało nasza rodzinę, nie dostrzegające lub pokonujące zło, jakie je same spotkało...


Świat mi dał znak – twoje działania są zbyt małe, musisz poświęcić się bardziej, musisz dać z siebie więcej…


To nic, ze brakowało już sił, że wydawało się, że już więcej znieść nie mogę… ale starałam się.. Zawsze się staram…

i cóż teraz... problemy zniknęły.. nie ma alkoholu, awantur.. ulga?
próba odżycia po ciężkich latach, poświęcenie się pasji. Konie. Utrata kontaktów z towarzystwem pozastajennym, wyjazdy, obozy, zawody. Wreszcie upragnione wejście na wyższy poziom - treningów. Prawdziwych treningow, prawdziwej pracy... Cały tydzień w szkole, z głową w stajni. Weekend w najwspanialszym miejscu na ziemi, gdzie liczyła się tylko moja pasja. Całkowite zaangażowanie.... Poukładane w glowie - konie na pierwszym miejscu... i przyszedł czas, kiedy chciałam spróbować połączyć konie z normalnym życiem - największy zyciowy bląd. Poźniej juz tylko gorzej... Konie zeszły na dalszy plan, za to zaczęło się układać zwykle życie. Myslalam, ze to niemożliwe.. ale trwało to tylko chwilę.
Matura... Zawsze byłam gorsza, słabsza. W domu, w szkole, w towarzystwie. Cicha, na boku, niczym nie wyróżniająca się. Chciałam to zmienić! Naprawdę się przykładałam. Zmarnowałam wiele czasu i sił na dojeżdzanie, żeby się przygotować do niemieckiego.  Z wosu musiałam wszystko zacząć od zera... Zdążyć do maja. Z polskiego też nigdy nie byłam dobra, dlatego nawet nie przyznałam sie nauczycielowi, że chcę zdawac maturę rozszerzoną i tak by we mnei nie wierzył.. Zresztą nikt nigdy nie wierzył "Jak zdasz, tak zdasz, nie musi być nalepiej".. Nigdy nie musiałam być najlepsza, bo nigdy nei byłam, choć w głębi serca bardzo tego pragnęłam.. Może nie tyle samego być najlepszą, co dążenia do zdobycia celu... i zdobyłam go....
Wyniki z matur otrzymałam w szpitalu... cudowne 85% z rozszerzenie z polskiego, któz by przypuszczał. Ta zwykła Gosia taki wynik... Niemiecki i wos też niezle. Dostanie się tam gdzie chciałam. Czego chcieć więcej?
Powinnam być wdzięczna losowi, że pozwolił mi, choć przez chwile poczuc się szczęścliwą... widocznie na więcej nie zasługuję....
Choroby były straszne... ciągła bezsilnośc, ignorowanie mnie. Szukam pomocy, krzyczę z bólu.... Dostrzegają mnie dopiero, gdy stan jest ciężki. Operacja, poprawa, znowu ból, szpital, szukanie przyczyny, bez skutku, leki, odstawienie, ponowny ból, szpital i znów leki. I gdy miało być wszystko dobrze, gdy wracałam do koni, znowu ból, tym razem inny - operacja... "wszystko juz bedzie dobrze" - kolejny raz... 3 miesiące później - operacja "już tu nie wrócisz"... i poł roku spokoju... Zmierzenie się z okrucieństwem uczelni, z brakiem życzliwości i bezinteresowności, coraz większa wiara w bezsens dążenia do czegokolwiek, próba walki o konia, kłótnie... i nagle, gdy juz mialo byc dobrze, gdy mialam przestac brac leki, znowu to samo - ból, szpital... tym razem wszyscy mają to w dupie, to nie ich działka, to cos autoimmunologicznego, serce charakterystyczne dla chorób reumatoidalnych, zapalenia też charakterystyczne, tylko szkoda, ze badania wcale nie charakterystyczne... Wbrew pozorom jestem zdrowa... Zdrowa, tylko organizm sobie z czymś nei radzi i nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie "jaka jest przyczyna?"

Choroba autoimmunologiczna - przypuszczenie...
Nie wiadomo, czy nalezy sie cieszyc z tego, ze nie wychodzi ona w badaniach, czy tym martwic...
Boję się.. przeraża mnie myśl, ze jestem chora i niewiadomo na co... Przeraża mnei myśl, ze moge miec taka straszna chorobe... Przeraza mnie to, ze prawdopodobnie nie bede mogla wrocic do mojego zycia - koni - bo to jest moje zycie... na tym polegalo, dzieki temu czulam sie spelniona, szczesliwa i najlepsza... tylko tutaj nei bylam zagubiona, tylko tutaj mialam cele i tylko to mi pozostalo... i tylko to moze zostac mi odebrane...

i juz jest odbierane, po troszku zmierza to wszystko do końca... Muszę się przyzwyczaić do normalnego życia - własciwie już to zrobiłam... ale nie odczuwam juz nic - nie uśmiecham się, nie cieszę... nie mam celów, wartości, o które warto walczyć. Nie mam uśmiechu. Ciągle marudzę, widzę tylko niedoskonałości. Nie ma tu niczego, o co warto by walczyć.

Nie ma mnie.
Skończyła się Batomowa.
Skończyło się wszystko....

"Nie zalamuj się, kiedyś będzie dobrze" - słowa usłyszane po raz pierwszy, gdy zmarla mama. Słyszane potem setki tysięcy razy....

Może po prostu za wiele oczekiwałam. Myslalam, że świat wymaga zaangażowanie, oddawanie swojego serca, bezinteresowności i zyczliwości. Wydawało mi sie, że gdy sama taka będę, otrzymam to od innych... i tak było... z tym że nie mogę się już odwdzięczyć.. Bo nie mam już nic do zaoferowanie... Nawet moje serce jest puste... i nie ma mojego uśmiechu...
Pustka, nicość...

Postaraj się.
Tylko po co?  Do czego teraz dążyć?  Co jest ważne? Skąd wiedzieć, czy to na pewno jest ważne. I jak wybrać pomiędzy tym, co istotne dla mnie, a tym, co dla świata?
Jak dać z siebie wszystko, kiedy nie ma się już nic?
Za mało, moje Serce, żeby dalej żyć...
Wybacz, za dużo mi odebrano... więcej znieść nie dam rady...


komentarze [1]

>> piątek, 17 czerwca 2011 19:30:21

Tyle słów namawia, żeby im zaufać;
Tnie ostrzem rozumu lub pasją wybucha,
Ku niebu uniesie, lub o ziemię ciśnie.
Jednak ufać - znaczy uchylić przyłbicy
Komuś, kto się mylić może, lub źle życzyć;
Więc na cios wystawiasz to, co najwrażliwsze.
Chociaż - jeśli słowom ufać się nie daje -
Cóż pozostaje?


Tak wierzymy w miłość, kiedy się pojawi,
Życie snem nasyci i przed jawą zbawi,
A trwaniu ruch nada wzniosłym niepokojem.
Jednak kochać - znaczy połączyć się z lustrem
Które przecież zniknie i zostawi pustkę,
Jakiej nie wypełni żadna noc we dwoje.
Choć - jeśli miłości już wierzyć nie umiem -
Cóż ja rozumiem?


Na siebie liczymy, że nam starczy krzepy,
By o własnych siłach przebyć świata przepych
I mieć zeń choć tyle, co się dźwignąć zdoła.
A przecież się nieraz grunt spod stóp obsunie
I siebie samego nie potrafisz unieść
Przed własną bezsiłą chętnie chyląc czoła.
Lecz - jeśli na siebie nie możesz już liczyć -
Czyż jesteś niczym?


Tyle wiar tym, którzy na siebie nie liczą
Powolność nakazom płaci obietnicą
Nieziemskiej miłości, wiecznego przepychu.
Każdy zaś nakazy wypełnia jak umie
I wierzy, że wierząc - nie musi rozumieć
Czemu krew przelewa i popioły wdycha.
Więc ów, kogo wiar tych oferta nie ruszy -
Czyż nie ma duszy?

komentarze [0]

>> środa, 15 czerwca 2011 22:59:29
Codziennie modły więc zanoszę do Niej
By ocaliła nas - przed nami.

Nami, co toną, tonąc innych topią,
Co marzą - innym odmawiając marzeń,
Co z głową w pętli - jeszcze nogą kopią
By ślad zostawić na kopniętej twarzy.

komentarze [0]

>> poniedziałek, 9 maja 2011 08:52:36
"Nie ma czegoś takiego jak życzliwość, nikt na nikogo nie patrzy. Trzeba się znieczulić"...

problemu nie byloby gdybym i ja potrafila byc zimną suką, patrzącą tylko na swoje zasrane "ja", dążącą do celu po trupach...

Bezinteresowność, życzliwość, wrażliwość... dzisiaj ludzie kierujący się tymi pojęciami są nikim....

Mała, smutna królewna, której od dawna uśmiech z buzi znikł...
Że królewna zawsze smutek ma na twarzy i ma oczy ciągle pełne łez.
Trzeba czekać, aż czarodziej zjawi się...


komentarze [3]

. >> poniedziałek, 11 kwietnia 2011 20:06:13

male mysli
male serca
wielkie umysly
a gdzie dusze
co jest grzechem
co atutem
plyn pod prad!
idz za innymi
pustka, glebia.
gdzie jestes Świecie
komentarze [2]

kjhg >> niedziela, 30 stycznia 2011 22:38:32
Nie wiem, dlaczego tutaj, dlaczego teraz.
Nie wiem po co.

W moim życiu zapanowała... rutyna...
Chociaż zawsze się tego wypierałam, mówiłam, że moja euforia tak szybko nie przeminie... Jednak zaginęła wraz z maturą, wakacjami, chorobą.

Mam wrażenie, że wszyscy dookoła żyją, bawią się, śmieją.
Ja studiuję.
Studiuję na uczelni, na której panuje wielki burdel. Nie jest źle. Przynajmniej na razie - bo egzaminy przede mną...

Śpię, jem śniadanie, jadę na zajęcia, wracam, jem, łykam tabletki, myję się i śpię...
Codziennie...

Chciałam schudnąć i schudłam. Tyle że teraz górna część mojego ciała wygląda jak u anorektyka... żebra na wierzchu, blizna przez środek brzucha. Długa, gruba, przerośnięta, ciemna. Mniam.
Apetycznie.

Chciałam zająć się swoim życiem. No i się zajęłam. Przez ten rok zajmowałam się swoim zdrowiem tak, jak nigdy dotąd... Matura, studia. Tylko Ja... Świetnie.

Chciałam mieć spokój i mam. Święty spokój. Jedno wielkie NIC. Nic mnie nie cieszy, nie smuci, nie stresuje. Niczym się nie przejmuję. Wszystko idzie gładko, no bo jak ma iść, skoro moje życie nie ma w sobie nic skomplikowanego?

Czy normalne życie jest nudne? Czy aby być szczęśliwym musi ciągle umierać ktoś z moich bliskich, musi być coś nie tak, muszę upadać na dno? Wtedy czuję, że żyję...

Teraz wydaje mi się, że wszystko dzieje się obok... Jestem jedynie obserwatorem świata. Nie potrafię nic do niego wnieść.. Nic też nowego nie wynoszę. Nic mnie nie zaskakuje...
Czy przez moje doświadczenia już nic nie będzie w stanie wywrzeć na mnie wrażenia? Czy jedynie te złe, najgorsze zdarzenia będą dla mnie iskierką życia?

Tak bardzo tego nie chcę...
Pragnę być szczęśliwa w normalnym życiu.
Pragnę, żeby mnie coś zaskoczyło, żebym znowu się uzależniła....

Ale... nie mam już na to nadziei.
I nie jest tak, że się użalam...
Naprawdę walczę o to żeby było jak najlepiej. Staram się jak nigdy... I właśnie odkąd zaczęłam się starać, zaczęłam czuć pustkę...
Moje życie. Staram się i studiuję...
I tyle...


I nikt mnie nie słucha!
Gdzie mój magiczny świat????
komentarze [0]

Osiecka >> środa, 13 stycznia 2010 21:30:03
Czy musimy być na ty,
nie najlepszy jest to plan.
Zobacz, jak to ładnie brzmi:
stare słowa - pani, pan.

Nie mówiłeś do mnie "ty"
gdy przybiegłeś kiedyś sam
i gdy ja szepnęłam ci -
"Proszę zostać, zmoknie pan."

Mówię - zostaw, mówie - przynieś,
mówię - wpadnij dziś po kinie -
Czy nie ładniej było dawniej
mówić - "Kiedy znów pan wpadnie?"

Nie musimy być na ty
tak jak drzewem nie jest ptak,
drzewo pyta - "Czy pan śpi?" -
a ptak na to - nie - lub - tak...

Mój telefon milczy, milczy,
nie masz czasu ani, ani,
czyby było tak najmilszy,
gdybyś mówił do mnie - pani?

Czy musimy być na ty?
Nie najlepszy był to plan.
Proponuję, by przez łzy
znów powtórzyć: "pani", "pan"...

komentarze [4]

Granica >> poniedziałek, 14 grudnia 2009 23:31:37
Cały świat jest taki - życie dziejące się obok, za zasłoną. Jej wstręt dziecinny do tych spraw odrzucał ją zawsze gdzieś na ubocze istnienia. (...)
Zwinęła się jakby z fizycznego bólu i znów chciała wyrwać. Znów ją przytrzymał.

Ale powiedział: - Jeżeli nie chcesz, jeżeli nie możesz, powiedz tylko - ja odejdę.

Zaprzeczyła głową - Nie, nie - mówiła cicho, żeby nie zadrasnąć głosem hamowanego szlochania, od którego dygotała. (...)

Jego ręce pieszczące, błagalne i rozbrajające, gdu przesunęły się wzdłuż jej nóg ku górze, po raz pierwszy nie napotkały oporu. Przemogła się... (...)

- Wiesz teraz, że jestem twój - szeptał - kochasz mnie, powiedz, ze mnie kochasz.

Odpowiedziała: - Kocham Cię.




Głupia.
A chwilę wcześniej dowiedziała się, że ją zdradził..

komentarze [0]

>> czwartek, 3 grudnia 2009 09:52:10

Zaprawdę, w świecie ducha
odbywa się gwałt permanentny,
nie jesteśmy samoistni,
jesteśmy tylko funkcją innych ludzi,
musimy być takimi, jakimi nas widzą.

komentarze [0]

>> sobota, 28 listopada 2009 11:14:46
Wszystko drży i przeszkadza mi śmiech
Lepiej odejdź już stąd, zostaw mnie
Nic to nic, przecież wiesz, przejdzie mi
Tylko deszcz zmyje z szyb brudny śnieg

Tylko pstryk i już nie ma mnie
Czasem tylko tego chcę
I już nie starać się
Siedzę sam w tej wieży bez dna

***

Świat tak mocno ranił do krwi
Już dłużej nie mógł
Odszukał dach wysoki tak
Dotykał białych chmur
Jedwabny szal owinął sny
Przez chwilę wolnym był

Nie zatrzymany łagodnie upadł...


Ptak swym życiem zachwycał go
Codziennie marzył
Poczuł wiatr na twarzy strach
Przez chwilę wolnym był
Zostawił list odpłynął w dół
Przez chwilę wolnym był...

komentarze [2]

>> wtorek, 10 listopada 2009 19:07:58
I chuj.

I chyba znowu zawiodę się na tym, że szukam w ludziach tylko dobrych cech...
komentarze [0]

ekhem.. >> niedziela, 1 listopada 2009 14:34:53
Chyba największą moją wadą jest to, że kocham wszystkich ludzi... i na wszystkich mi zależy...

Dzisiaj zrozumiałam, że nie mam rodziny i że tak naprawdę nie czuję rodzinnej miłości, dlatego potrzebuję jej tak wiele ze świata pozarodzinnego... Pewnie jest to męczące dla innych...

Dla mnie też... Uzależniam się od ludzi i żyję tylko miłością, zapominając o tym, że oni mają własne życie i nie uzależniają się ode mnie tak jak ja od nich...

Przez to wszystko staję się ciężarem...
Dodatkowo znowu rozkminiam za dużo...

I właśnie dzisiaj czuję się tak cholernie bezradna...


komentarze [1]

Ogólnie... >> wtorek, 2 czerwca 2009 16:55:51
Jakby nie było, jest bardzo miło..

Mam 4 na koniec z języka polskiego (!), co w moim wykonaniu jest CUDEM w tym liceum.

Poza tym wychodziło mi 2 z bio, ale jako ze jej nie zdaje na maturze i bylaby to moja jedyna dwoja, to dostałam dostateczny z ocen: 2 2 2 2 4 xD

a z PP laska chce mi postawić 3 <ściana xD> nawet nie mam ochoty sie kłócić, bo z nią nie warto.

Poza tym stwierdziłyśmy z girlsami, ze jestesmy stare, a najlepsze w tym jest to, ze wygladamy na ledwie 13 xD

czujemy się cholernie staro

a ja nie odczuwam ze w ogóle przeżyłam okres dzieciństwa, który teoretycznie nadal trwa?

Nie pamiętam większości motywów z mojego życia, bo zostały one wyparte przez inne, mniej przyjemne wydarzenia.

I jakoś tak niby jest dobrze, a ciągle smutno...

a w ogóle to dzisiaj się poryczałam jak się dowiedziałam, ze mam 4 z polskiego...

Źle ze mną, oj źle.

Dotychczas najgorszym dniem była niedziela, a teraz nie mogę przetrwać piątku... moment w którym jadę do najcudowniejszego miejsca na Ziemi. W ogóle to czuję, że nigdy nie będę doceniana w tym, co kocham... Eh... życie... ale i tak kocham wszystkich ludzi, czy to jest normalne?
Czy można się zakochać we wszystkich ludziach i za wszelką cenę im pomagać i przyjaźnić się z nimi?
Nie mam żadnego limitu, chciałabym z wszystkimi mieć bliższy kontakt i każdemu pokazać, że mi na nim zależy...

W sumie fajne jest to ze nikt tego nie czyta, a jednak mogę sobie podsumować swoje przemyślenia..


Dzieki Żolek za komentarz ;*
komentarze [2]

Jest nieźle >> piątek, 29 maja 2009 15:19:34
Zawsze mogło być lepiej, ale też dużo gorzej.
Podłapałam parę dobrych ocen, co raczej nie zmieniło mojej sytuacji na koniec roku. Troszkę zawaliłam ostatni sprawdzian z polskiego, no ale życie.

Co do mnie, to mieszka u mnie Asia i dzięki temu chodzę regularnie do szkoły.
Zaczęłam biegać dzięki Milence, a ostatnio nawet Joa mnie wyciągnęła na basen i saunę.
Magicznie.

Odchudzanie trwa, ale póki co cotygodniowe imprezy osiemnastkowe itd. powodują, że moja dieta traci sens. Za mało silnej woli...

Stajennie różnie... Generalnie w piątki jestem wykończona i mi się nic nie chce, za to w soboty czy niedziele nie chce mi się wracać do domu...

Psychicznie czuję się dobrze, a to chyba spory sukces...
Teraz troszkę się poddołowałam, no ale przecież i tak już 2 tygodnie wytrzymałam w dość pogodnym nastroju.

I może zdam z chemii. Do moich ocen (1, 1, 2) doszły jeszcze dwie - 4 i 5.

Teraz problem z polskim, bo mam mało ocen... Mam nadzieję, że to przeżyję...

Pozdrawiam,
Dziecko niewidzialne
komentarze [1]

Hm.. >> środa, 13 maja 2009 20:30:58
Taaa..
Wiele stracę przez moją przemianę, najprawdopodobniej zostaną przy mnie tylko Ci, którzy będą mieli coś wspólnego z daną rzeczą nad którą będę pracować...

Nagle zbliżyłam się do klasowych znajomości... Pewnie dlatego, że staram się nad szkołą zapanować, za to straciłam inną przyjaźń... Wielką przyjaźń i to nie jest tak, że prawdziwej się nie traci... można, jeżeli się jej nie pielęgnuje.. ja zupełnie olałam, może nie specjalnie, ale jak już pisałam.. muszę, muszę się zająć sobą, zostawić na razie innych, odbudować kawałek siebie.. Kto wie, może się uda?


Najlepiej byłoby zerwać wszystkie dotychczasowe kontakty... Nie mogę ranić innych swoją durną metamorfozą...


komentarze [1]

¤ Księga gości ¤
Wpisz się
Zobacz wpisy

¤ Nasze osiągnięcia ¤
1. III miejsce. skoki. Huzar
2. Hubertus 2005 Podklasztorze (znalezienie lisa+udzial w ganianym)
3. Hubertus 2005 Spała
4. Hubertus 2005 Kolo
5. Hubertus 2005 Huzar
6. Skoki. Huzar. L
7. Skoki. Huzar. L
8. IV miejsce. skoki. JKS Alma-Jeżów kl. LL.
9. Brązowa odznaka jeździecka. Wolbórz.
10. Hubertus 2006 Podklasztorze
11. Hubertus 2006 Huzar
12. Skoki. Napoleonów. LL. 4 pkt. kar. najlepszy czas.
13. Skoki. Napoleonów. Arak [*]. 1xLL czysto, 1xL czysto. Licencja 3,5 kar.
14. Srebrna odznaka jeździecka. Wolbórz.
15. Skoki. Jeżów. LL. 2x4 pkt. kar.
16. Hubertus. 2007 Jeżów
¤ Avatar ¤
avatar
Dodaj mnie do ulubionych
¤ Ulubieni ¤
zwichrowana-kasiaz-wodzami-w-reku

[Żolka]
[eM.]
¤ O nas ¤

Gosia. GosieX. GołSeX.
Batumi, Batom. BatomiX.
ujeżdżenie. JKS Alma-Jezów.
25.12.1991.
18.01

Batumi. Batom. sp., 04.03.02 r. bulwers. łaciate. 170 cm. moje ;*.
¤ FOTKI ¤
BATUMI Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us

ARAK [*]
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
¤ Archiwum ¤
2005
czerwiec (6)
lipiec (5)
sierpien (2)
wrzesień (5)
listopad (6)
grudzień (2)

2006
styczeń (8)
luty (4)
marzec (3)
kwiecień (3)
maj (4)
czerwiec (7)
lipiec (6)
sierpien (3)
wrzesień (7)
październik (3)
listopad (2)
grudzień (2)

2007
styczeń (3)
luty (2)
marzec (3)
kwiecień (2)
maj (3)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (2)
wrzesień (3)
październik (4)
listopad (2)
grudzień (2)

2008
styczeń (3)
luty (4)
marzec (2)
kwiecień (1)
czerwiec (1)
wrzesień (1)
listopad (1)

2009
luty (1)
kwiecień (1)
maj (2)
czerwiec (1)
listopad (3)
grudzień (2)

2010
styczeń (1)

2011
styczeń (1)
kwiecień (1)
maj (1)
czerwiec (3)

¤ O lay'u ¤
Grafika [Żolka]
HTML [Anek]
Dzięki ;*